Jak (fantastycznie) radzić sobie z życiem - wywiad z prof. Moniką Brzóstowicz-Klajn

Kiedy komuniści zaczęli podbijać Kosmos, po co Narodowemu Centrum Kultury fantastyczna historia i czy dorośli czytający baśnie nie radzą sobie z życiem? Z profesor Moniką Brzóstowicz-Klajn (UAM Poznań) rozmawiała Justyna Mleczak.

Justyna Mleczak: Zapytany o recepcję fantastyki z Europy Środkowo-Wschodniej w Stanach Zjednoczonych, David Weber przyznał, że dla przeciętnego Amerykanina niuanse tej literatury bywają niezrozumiałe. USA nie doświadczyło systemu, którego mechanizmy obnażały pozornie nieszkodliwe powieści fantasy i science-fiction bloku komunistycznego. System upadł, czy jednak potencjał polityczny, tkwiący w fantastyce, wyczerpał się wraz z nim?

Prof. Monika Brzóstowicz-Klajn: To jest bardzo szerokie pytanie, na które w odpowiedzi można napisać pracę magisterską czy książkę... Pierwsza rzecz to uznana tradycja, także i z zakresu fantastyki socjologicznej, która odegrała społeczno-polityczną rolę - i tak ją podsumowuje profesor Antoni Smuszkiewicz w swoich pracach. Także Maciej Parowski podkreśla tę tradycję. Nawet literaturoznawcy, z których spora część nie przepada za fantastyką... ...i nie rozumie jej oddziaływania – uznaje nurt socjologiczny za znaczący. Pamięta się o roli, jaką odegrała legalnie wydawana fantastyka modelu socjologicznego w kontekście działań opozycji demokratycznej w PRL-u i niezależnego od władz komunistycznych tzw. drugiego obiegu prasy i publikacji. Paradoksalnie, fantastyka była czytana wbrew władzom, była między innymi analizą działania jej mechanizmów. Doszukiwano się, na przykład u Janusza Zajdla, w wyobrażeniach Obcych, którzy „są, ale ich nie ma”, figury patronatu Związku Radzieckiego nad Polską.
Kiedy dzisiaj daję studentom Limes inferior Zajdla, to okazuje się, że ten tekst zachował w sobie uniwersalną krytyczność wobec współczesności. Jest on aktualny, ponieważ uchwycił model władzy rozproszonej w foucaltowskim rozumieniu. Młodzi nie czytają Zajdla historycznie - chociaż dostają ten tekst jako lekturę na zajęcia z historii literatury! Nie czytają tej powieści przez pryzmat uzależnienia od władz PRL-owskich i Związku Radzieckiego, lecz odbierają ją w kontekście współczesnych sposobów kontrolowania człowieka przez system.



Czyli potencjał polityczny w fantastyce istnieje. Czy ma on wymiar uniwersalny, czy można przypisać mu konkretne sympatie?

W moim rozumieniu, zrobił się jakby bardziej... prawicowy, bardziej konserwatywny. Nie chcę szufladkować, nie chcę nikomu przypisywać żadnej przynależności ani sympatii politycznych, natomiast rzeczywiście zdarzają się pewne mniej i bardziej widoczne deklaracje przynależnościowe. Jest to o tyle ciekawe, że tradycja fantastyki wellsowskiej czy nawet naszego Lema zawsze była powiązana z lewicą humanistyczną – nie mylić z komunizmem! Z postawą twórców, którzy dostrzegają wady, niewydolności systemu, w którym żyją, i z wątkami utopijnymi ważnymi w fantastyce. Badając literaturę socrealistyczną i socfantastykę – bo uważam, że można mówić o przejawach utopii socjalistycznej w literaturze tej doby w Polsce – zestawiłam kiedyś przykłady z polskiego socu z lat 50. z fragmentami powieści Ludzie jak bogowie Wellsa. I co się okazało? Gdyby nie było podpisu Wellsa, to pochodzące z jego powieści wybrane cytaty pasowałyby do typowych socrealistycznych utworów opisujących szczęśliwe społeczeństwo socjalistyczne. To też świadczy o tym, jak pewne idee lewicowe – jeszcze raz się będę upierać, że lewicowe, niekoniecznie komunistyczne – są mocno obecne w tradycji europejskiej. Kształtowały politykę i do dziś wpływają na pewne sympatie i sposób odbioru historii komunizmu w stosunku do rozliczeń z nazizmem. Mówi się o tym, że Europa jest podzielona na dwie pamięci. Dostrzega się dwa obszary pamięci europejskiej kultury: Zachód jest bardziej uwrażliwiony na faszyzm i Holocaust, a rejony Europy Środkowo-Wschodniej upominają się o pamięć o zbrodniach totalitaryzmu sowieckiego, o „czarną księgę” komunizmu. Zachód wciąż, jak pisze Anne Applebaum we wstępie do swojego studium Gułag, nie potrafi zrozumieć komunizmu, bo patrzy na niego przez pryzmat własnej tradycji, nie dostrzegając, co zrobił z nią bolszewizm. Ciekawe, że od samego początku w państwie bolszewickim było miejsce na fantastykę. Miłośnicy fantastyki wiedzą i pamiętają o Aelicie, pierwszym radzieckim niemym filmie science fiction (z 1924 r.), nakręconym na podstawie książki Aleksego Tołstoja (1923 r.), gdzie rewolucja dzieje się na Marsie. Nie każdy natomiast wie, że prawdopodobnie symbolika bolszewickiej czerwonej gwiazdy bierze się z utopijnej powieści fantastycznonaukowej Bogdanowa z 1908 roku, zatytułowanej Czerwona gwiazda. Bolszewicy po zdobyciu władzy w Rosji tę powieść wydali jako jedną z pierwszych. Wizje zwycięstwa komunizmu nie tylko na Ziemi, ale i w całym Kosmosie, można z łatwością znaleźć w literaturze doby stalinizmu, nawet w socrealistycznej poezji. Fantastyka kreowała wizje świata, w którym zapowiadała zwycięstwo przyszłej utopii, świata urządzonego według zasad komunizmu; pełniła funkcje propagandowe. Oprócz tego zachowywała jednak element autentycznej fascynacji technologiami, możliwościami przyszłości, podróżami w kosmos. I to powoduje, że te teksty do dzisiaj mają swoich miłośników, mimo że ich warstwa ideologiczna została już przez historię odrzucona. Fantastyka odwoływała się do racjonalnych przesłanek, miała na podstawie ówczesnych tendencji w nauce i technice prognozować przyszłość, pełnić rolę swoistej, literackiej futurologii.
Wracając do tego, od czego zaczęłam, do pewnej konserwatywności części współczesnej fantastyki: dotychczasowe przesycające ją idee lewicowe, „wiara w lepsze jutro”, ustąpiły myśli bardziej prawicowej, uwrażliwieniu na narodową przeszłość i tradycje. Weźmy choćby obecnie wychodzącą serię „Zwrotnice czasu”, wydawaną – co znaczące – przez Narodowe Centrum Kultury. Myślę, że mecenat państwowy ceni sobie współcześnie związek fantastyki z historią.



Skąd popyt na historie alternatywne w Polsce? Czy to potrzeba obcowania z historią?

I tak, i nie - zależy, co się z tym zrobi. Można traktować to jako rodzaj gry z czytelnikiem, pomysłu na książkę. Jeśli jednak sięgnie się po historie alternatywne, jak te, stwarzane przez Jacka Dukaja w Lodzie, w Xavrasie Wyżrynie... Xavras to w ogóle jedno z moich ulubionych opowiadań Dukaja. Podziwiam sposób, w jaki rozprawia się z typowym wzorem bohatera narodowego, którego pokazuje jako terrorystę, a zarazem człowieka wielkiego formatu. Nie ma tu prostych ocen postaci i jej postawy.
Historię alternatywną można wygrać na różne sposoby: bardziej pop, rozrywkowo, ludycznie, ale można i z niej zrobić rodzaj heurystycznego eksperymentu, poszukiwań, próbę lepszego zrozumienia przeszłości czy też problemów współczesności. Historie alternatywne nie dotyczą bowiem tylko innego spojrzenia na to, co się już wydarzyło. To także próba dostrzeżenia zagadnień teraźniejszych w odbiciu lustra przeszłości, tak specyficznie spreparowanego, jak ma to miejsce w historiach alternatywnych.
Dlaczego? Myślę, że nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi. Po pierwsze, jest to po prostu dobry pomysł na fabułę. Można się tu nią „pobawić”. Historyczny materiał bywa receptą na ciekawą opowieść. Przebieg wydarzeń znamy – co teraz wolno nam zmienić? Jakie byłyby takiej zmiany konsekwencje? To gra, którą można rozegrać na poważnie i ludycznie.
Po drugie – życie nie lubi pustki. Wiedza historyczna została bardzo ograniczona: mówi się o tym, że w obecnym systemie edukacyjnym jest za mało dla niej miejsca. A ta historia powraca, bez niej się jednak nie obędziemy. „Ożywianie” przeszłości poprzez komiks historyczny, gry komputerowe, programy, modę na historie alternatywne ma miejsce nie tylko w Polsce. Sami teoretycy historiografii, jak na przykład Ewa Domańska, podkreślają, że dzisiaj ważne teksty o przeszłości, które ludzie czytają, są pisane nie przez historyków, tylko przez dziennikarzy, politologów. Książka Sąsiedzi Jana Grossa, który z wykształcenia przede wszystkim jest socjologiem, później dopiero stał się historykiem, cieszy się większą poczytnością niż naukowe opracowania na ten temat. I nominowana była do literackiej nagrody Nike. Historie alternatywne widziałabym właśnie w tym kontekście. Fantasy historyczne, kryminał historyczny, retrokryminał – historia różnymi kanałami się wkrada.
Wreszcie, kwestia estetyki: podoba się nam to, co odsyła do przeszłości. Atrakcyjne są dla nas odnajdywane w różnych przedmiotach i otoczeniu znamiona historyczności. Stylizujemy meble na stare, jeansy ścieramy, by wyglądały na zużyte. Dostrzegalne jest to w bardzo różnych aspektach, od mody literackiej po galerie handlową i wystawy z odzieżą. Być może bierze się to z potrzeby poczucia nieprzypadkowości własnego życia, świata, jakiegoś quasi-zakorzenienia? To oczywiście tylko moje przypuszczenia, snute przy kawie, a nie wynik długoletnich badań, ale takie tendencje są w kulturze widoczne już od co najmniej dwóch dekad.



Popularności historii alternatywnych towarzyszy jeszcze inna moda – na reinterpretacje baśni. Te reinterpretacje ponadto są skierowane nie tylko dla dzieci, ale również starszych odbiorców.

To także nie jest nowe zjawisko. Reinterpretacją baśni na naszym wydziale zajmuje się pani doktor Magdalena Bednarek, i robi to świetnie. Gorąco zachęcam do uczestniczenia w jej wykładach, sama z przyjemnością na nie chadzam.
Z baśnią gra się także poza jej granicami. Elementy baśniowe wprowadza się do tekstów gatunkowo różnych. Przepisywanie baśni ma miejsce nie tylko w literaturze, ale również w fotografii, na przykład u Annie Leibovitz. W filmie bardzo dobrze widać tę tendencję, gdzie coraz częściej łączy się różne baśniowe opowieści w jedną całość, choćby w musicalu Tajemnice lasu z Meryl Streep czy Pentameronie Matteo Garrone'a.
Baśnie nigdy nie były tylko dla dzieci. Uważam, że powstały w latach 30. esej Tolkiena O baśniach wcale się nie zestarzał. Do dziś jest to tekst ważny. Tolkien upomniał się w nim o to, że pierwotnie baśnie nie były dla dzieci, że to dopiero ich recepcja, XVIII i XIX wiek je „upupiła”, wprowadziła do pokoju dziecięcego. Dlatego te oryginalne były niepozbawione okrucieństwa i wątków drastycznych. Tolkien domagał się dowartościowania baśni, a przede wszystkim właśnie poprzez baśnie, o docenienie fantastyki w całej literaturze. Walczył z zarzutem eskapizmu, który stawiano wobec baśni i fantastyki, z popularną opinią głoszącą, że człowiek lubiący ten gatunek jest niedojrzały i lubi go, bo nie może sobie poradzić z rzeczywistością. Tolkien powiedział: „Nie!”: w baśniach przejawia się pierwotna mądrość i warto do niej powrócić. Wprawdzie baśń pozwala nam się wycofać z realnego świata na chwilę, ale nie po to, żeby uciec, lecz po to, by się zdystansować, oswoić z pewnym problemem, przerobionym w fikcyjnym świecie. Żeby uwierzyć w to, że sobie z nim poradzimy. I na końcu, żebyśmy tak podbudowani mogli wrócić do rzeczywistości i stawić jej czoła.
Esej O baśniach zawiera dwa główne polemiczne wątki. Pierwszy: to nie jest literatura dla dzieci. A po drugie, baśnie zawsze odpowiadają na aktualne problemy i nie służą ucieczce, a wręcz przeciwnie. To moje spojrzenie. Bardzo ciekawie w ostatnim czasie ów esej zinterpretował badacz z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Tomasz Majkowski, w publikacji W cieniu białego drzewa.
Dysponujemy całą galerią publikacji, które wykorzystują baśnie w działaniach terapeutycznych. Zapanowała moda na pisanie bajek przez celebrytów, na czele z Madonną. W każdym razie – kultura otwiera się na tę bardzo bogatą i różnorodną tradycję, jednak krytycy ostrzegają, że się infantylizuje. Jeżeli pozostaniemy przy myśleniu, że baśnie są tylko dla dzieci, to tak, infantylizuje się. Jeśli natomiast uznamy stanowisko Tolkiena, to okaże się, że wszystko z nami w porządku, wracamy po prostu do pierwotnych opowieści, które były mądre. A ponieważ ze światem może sobie radzimy kiepsko, to otwieramy się na baśnie.
Poza tym przepisuje się je także w myśl różnych rewizji: feministycznych, genderowych, ekologicznych…, ale tych praktyk refleksja Tolkiena już nie obejmuje.



Poznań rokrocznie na parę dni staje się stolicą polskich fantastów. To za sprawą ogólnopolskiego festiwalu Pyrkon, na którym spotykają się ludzie w każdym wieku, niezależnie od płci, zawodu, wykształcenia. Wielu z nich przychodzi w przebraniach. Sami zainteresowani mówią jednak często, że zakładając maski – tak naprawdę uwalniają się od nich.

Żadna z osób, które przyjeżdżają na Pyrkon, nie jest nieświadoma tego, że to rodzaj gry, pewnej formy. Przychodzą matki, ojcowie z dziećmi, i nie widzą w przebieraniu się, wkraczaniu do wyimaginowanych światów, nic złego. Co więcej, fantastyka pozwala łatwiej dogadać się z własnymi dziećmi. Służy porozumieniu. W sferze fantazji obie strony czują się albo równo rozbrojone, albo bardziej sobą, albo czują się bezpieczniejsze, poza narzuconymi rolami... Nie wiem, tutaj powinien wypowiedzieć się ktoś z większymi kompetencjami. Ja obserwuję to we własnej rodzinie. Fantastyka to kanał porozumienia. Z jakiegoś powodu jednoczy w odbiorze pokolenia bardziej niż inna literatura. Nie każda twórczość połączy tak czterdziestoletniego ojca z dziesięciolatkiem, ale obydwaj mogą oglądać Gwiezdne wojny z równym zapałem.
Siłą fantastyki wydaje się jej możliwość pokazywania różnych wątków problemowych ze współczesnego życia w atrakcyjnej formie niezwykłego świata z nietypowymi bohaterami i zaskakującą fabułą. Temu ma być poświęcony przygotowywany w naszym instytucie numer cenionych „Poznańskich Studiów Polonistycznych”. Ma wyjść pod koniec 2016 roku pod tytułem Kalejdoskop fantastyki i będzie dostępny także w wersji elektronicznej na otwartej platformie czasopism UAM PRESSto. Plan obejmuje między innymi artykuł o historiach alternatywnych, o wykorzystaniu fantastyki w pisaniu o doświadczeniu Zagłady, o fantastyce w malarstwie i filmie oraz fenomenie fan zinów.
Fantastyka uwalnia nas od konwenansów, wyzwala. Bo to, że mamy inny system polityczny, nie oznacza, że jesteśmy wolni.
I może na tym zakończymy?
Trwa ładowanie komentarzy...