O autorze
Justyna Mleczak (1993), studentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, stawia pierwsze kroki w reporterskim rzemiośle. Zafascynowana potęgą Słów, należy do zanikającego gatunku osób, ceniących tradycyjne listy nad e-maile. Łączy zainteresowania filologiczno-literaturoznawcze z historycznymi. Obieżyświat, który na świat stara się patrzeć przez krzywe zwierciadło. W wolnych chwilach poetyzuje, uprawia siatkówkę, turystykę aktywną, biega; goniąc za sobą samą, zawsze w niedoczasie. Zwyciężczyni konkursu dziennikarskiego „O tym nie czytaliście” Gazety Wyborczej (2012).

Bajki świętego spokoju - rozmowa z pisarzem Marcinem Mortką

Zafascynowany Skandynawią, jej pejzażami i północną mentalnością. Tłumacz, nauczyciel, pilot wycieczek, lecz chyba przede wszystkim: autor książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Polski Neil Gaiman? Być może. Ulubiony gawędziarz wielu, zwłaszcza najmłodszych, fantastów? Na pewno. Marcin Mortka o świętym spokoju, strachu nieklasycznym i Mordorze Europy.

Justyna Mleczak: Kiedy przeglądałam listę powieści i zbiorów opowiadań Pana autorstwa, doszłam do wniosku, że nazwanie Pana „polskim Neilem Gaimanem” nie byłoby nadużyciem. Neil Gaiman stwierdził w jednym z wywiadów, że nie ma czegoś takiego jak zła książka dla dzieci. W jego twórczości, skierowanej do najmłodszych czytelników, pojawiają się wątki radosne i zabawne, ale też smutne i straszne. Podkreśla się również, że literatura dziecięca powinna przede wszystkim służyć edukacji. Jak to jest z tą dziecięcą fantastyką? Czy można usprawiedliwiać „straszenie dzieci” edukacyjną funkcją grozy?
Marcin Mortka: Ostrożnie bym do tego podchodził. Wszystko zależy od percepcji dziecka. Spotkałem się z komentarzami, że potwory spod łóżka, wiedźmy i tak dalej, mogą być straszne i zniechęcać dzieci. Generalnie jestem wrogiem przekazywania jakiejś konkretnej postawy moralnej w książkach dla dzieci. Dziecko powinno mieć święty spokój, powinno zasypiać ze świadomością, że wokół wszystko jest poukładane. Książka dla dzieci może w tym pomóc. Jeśli opowieść jest fajna, wesoła, barwna, magiczna – to jest podstawa. Ewentualnie w to wszystko można wpleść morał, ale nie może on być nachalny, nie ma się kończyć wbitymi dużą czcionką nakazami i zakazami typu: „Nie wolno jeść po 22”. To zabija wszystko.

Jakie tematy może, powinna podejmować literatura dla najmłodszych?
Są takie sytuacje, kiedy tematy trudne zostają subtelnie wprowadzone do literatury dziecięcej, można to zaobserwować na przykład w literaturze skandynawskiej. Ni z tego, ni z owego pojawia się na przykład wątek miłości homoseksualnej. Jeden pan kocha się w drugim, a dziecko mówi: „Aha! Tak też może być!”. Z jednej strony może to budzić zgorszenie i zdziwienie. Z drugiej strony, jeśli podaje się na samym początku rozwoju pewne fakty, to być może unika się szoku w późniejszym wieku. Są więc rzeczy, które dziecko, każde dziecko, może odebrać źle, ale jednocześnie literatura dziecięca może służyć przybliżaniu wielkich spraw. Osobiście nie znoszę śmierci w książkach dla dzieci. Czy to było Porwanie w Tiutiurlistanie Żukrowskiego, czy Pies, który jeździł koleją, słynny Lampo, który ginie – tego się powinno dzieciom oszczędzić. Sam jestem fanem Hobbita, w którym Thorin odchodzi, nie umiera. Pozostaje niedopowiedzenie. Gorzej, jeśli dziecko dopytuje, gdzie Thorin odchodzi. Jak mój syn. No i masz...

A co dorośli mogą znaleźć w książkach dla dzieci?
Dla siebie znaleźć? Zabawne jest to, że naprawdę bardzo dużo. Pisanie bajek jest dla wielu dorosłych sposobem odreagowania. Kiedyś zasiadałem w jury konkursu na blog z bajkami. Przysłano kilkaset zgłoszeń, większość autorstwa rodziców, którzy w metaforycznej formie radzili sobie z wrednym sąsiadem, natrętnym szefem, problemami życia codziennego. Pokazuje to, że ludzie mają potrzebę walki w ten właśnie sposób. Było to przedziwne, ale taki jest fakt.
Człowiek, odkrywając bajkę, przenosi się do świata dziecięcego spokoju. Świat ten ma rozmazane, magiczne kontury, a podział na dobro i zło jest jasny i czytelny. Z drugiej strony, wycieczki skandynawskich pisarzy w kierunku tematów trudnych pokazują, że w sumie nie ma co się pienić. Bajki to spokój. Święty.



Jest Pan autorem książek dla dorosłych, dla młodzieży i dla dzieci. Czym różni się praca nad powieścią dla dojrzałego czytelnika od pracy nad literaturą dziecięcą?
Szczerze czy oficjalnie? To jest nudne. Przepraszam za wyrażenie, ale to nudne. Musimy zniżyć się do świata uproszczonych dialogów, banałów. Na początku pracy jest to odprężenie. Pierwszych kilka bajek to czysta radość, a potem... Nagle uświadamiasz sobie, że umysł nie jest w stanie wytworzyć nowych rzeczy i zaczynasz gonić za własnym ogonem. Do połowy jest z reguły fajnie, od połowy zaczyna się mordęga. Cóż, matematycznie licząc: coś super i coś kiepskiego razem da nudę. Żartuję. Prawdę powiedziawszy, to nie jest praca, którą można jakoś przeżyć. Historia powinna być spisana wedle pewnych reguł. To nie tak jak przy pisaniu dla dorosłych, kiedy budzę się i zasypiam ze swoją opowieścią, myślę o niej non stop. Bajka to bardziej zlecenie. Natomiast jest jeszcze druga strona medalu. Dawno się przekonałem, że widok własnej książki na półce w sklepie nic nie oznacza, nie ma trąby, niebo się nie rozstąpi, nie pojawi się światło – to tylko produkt. Lecz kiedy przychodzi do mnie dziecko z moją książką i mówi, że to w ogóle jest super, to mu się podobało..., to po to się żyje. To chwila, kiedy raporty sprzedaży, punkty recenzji, komentarze na lubimyczytać nie mają żadnego znaczenia. A dla tego małego człowieka to kawałek życia. I jest to nieprawdopodobne.

Relacja autor-czytelnik dziecięcy rekompensuje całą „nudę”?
Niesamowita rzecz, to szlak wyszywany diamentami. Prosty przykład: spotkania autorskie. Dorośli przychodzą słuchać, nie mają pytań, taką mamy mentalność, nie wychylamy się. Dzieci nie mają skrupułów. Czasem takie rzeczy się słyszy, że to się w głowie nie mieści! Kiedyś miałem spotkanie w przedszkolu. Nagle wstaje dziewczynka i z przejęciem w oczach pyta: „Proszę pana! A bardzo się pan zmęczył, pisząc tę książkę?”. Myślałem, że z krzesła spadnę, rżałem jak koń.

Powróćmy jeszcze do strachu. W Miasteczku Nonstead mierzy się Pan z powieścią grozy. Po wydaniu książki w jednym z wywiadów przyznał Pan, że chyba nigdy nie zdarzyło się Panu „umierać ze strachu”, niemniej z lękami zmaga się Pan jak każdy. Czy Miasteczko to sposób na oswajanie strachu?
Nie, absolutnie nie. Pewnie, niektórzy pisanie traktują jako terapię, jak już wspomniałem, ale akurat Nonstead jest szczególny. Podziałał na mnie jak katalizator wszystkich „chorych” pomysłów, które przyszły mi do głowy, jeszcze z czasów młodości i sesji RPG. W Miasteczku zgromadziłem strachy, ale nie mogły to być strachy klasyczne, jak maniak z siekierą w lesie. Miał to być strach subtelny, coś, czego każdy z nas boi się najbardziej: kiedy znika element znanej nam rzeczywistości. Światło, odbicie w lustrze. Wstrząsa to nami głęboko. Przerażają nas rzeczy, których w codziennej rutynie często nie jesteśmy w stanie zarejestrować, aż nie zwrócą z różnych powodów naszej uwagi. Skąd te wrzaski u sąsiada? Dlaczego ten facet nieruchomo czeka na przystanku? Czemu telefon zadzwonił w środku nocy trzy razy? Gdyby się nad nimi zastanowić, zwykle można dojść do prozaicznych wniosków. Sąsiad miał zły dzień, skonany facet czeka na autobus, ktoś miał naprawdę pilną sprawę. Ale jeśli nie? Tu rodzi się podejrzenie i lęk.
Inna sprawa, kiedy wyjaśnienia nie ma. Do książki przemyciłem własne doświadczenie. Jest tam motyw, kiedy bohater słyszy miauczenie kota w swoim pokoju, a kota nie miał nigdy. Przeżyłem to samo. Byłem tak przerażony faktem, że w moim pokoju słychać miauczenie, choć nigdy nie tylko kota nie miałem, ale nie było tam nawet urządzenia, które te dźwięki mogłoby imitować. Do tej pory nie wiem, co to było. Może nic, może mi się wydawało – ale takie drobiazgi budują największą grozę.

Jakim jest Pan typem tłumacza: zimnym i zdystansowanym w stosunku do przekładanego dzieła czy wciągającym się w tłumaczoną historię, pochłoniętym opowieścią?
Zależy od książki. Zdarza się, że książka, którą przychodzi mi tłumaczyć, to niestety popłuczyny. Dotyczy to zwłaszcza powieści dla nastolatków, które bywają naiwne i nielogiczne, a wydarzenia nie wynikają z siebie. Irytujące. Albo przegięcie w kierunku romansideł. Źle takie pisarstwo znoszę, wręcz nie mogę tego strawić. Jednak są też powieści, które, nawet pomimo tego, że poruszają nieciekawe tematy, są tak dobrze skonstruowane, że miewam wrażenie, jakbym sam coś pisał. Warsztat pozostaje ten sam – ja zawsze pracuję w pośpiechu – ale inny jest mój odbiór. Nie wiem, czy to zauważalne dla czytelnika, czy może on powiedzieć, którą książkę tłumaczyłem z większym bądź mniejszym zaangażowaniem, wolałbym, żeby tego nie było widać...
Kiedyś tłumaczyłem cykl marynistyczny Patricka O'Briana. Gdy moje drogi z wydawnictwem Zysk rozeszły się, przez chwilę nie wiedziałem, co teraz zrobię. W końcu kupiłem książkę, której nie dane mi było przetłumaczyć. Okazało się, że nie chodziło mi o brak zleceń, ale o brak fascynującej lektury. Teraz mam książkę i jest okay.

Czy jest jakieś dzieło, które chciałby Pan przetłumaczyć?
Nie. Chyba nie. Są natomiast książki, których cieszę się, że nie musiałem tłumaczyć. Przykładowo Filary ziemi Kena Folleta. Genialna książka, ale współczuję temu, który musiał przebijać się przez wszystkie szczegóły architektoniczne, kulturowe, rozpiętość kilkuset stron, dziękuję bardzo. Chciałbym jednak zacząć tłumaczyć z języka norweskiego. Norweski jest dla mnie ożywczym językiem, świeżym. Jestem fanem Nesbø, cokolwiek w ręce mi wpadnie, natychmiast czytam. I bardzo zazdroszczę pani Zimnickiej [tłumaczka na język polski książek Jo Nesbø – przyp. red.].

Skoro sam już Pan nawiązał do Skandynawii i języka norweskiego... Co Pana szczególnie pociąga w tym kręgu kulturowym?
Wszystko! Wszystko, rany boskie! Nie wiem, czy jest jakaś moja książka, która choć w maleńkim stopniu nie nawiązuje do Skandynawii. Poważnie, wikingowie pojawiają się nawet przez chwilę w Karaibskiej krucjacie.
Skandynawia daje pisarzowi tysiące pejzaży. Tam właściwie wszystko jest pejzażem. Do tego niezwykła zmienność i wyrazistość pogody. Niezwykłe okresy w historii. Wszyscy mówią o wikingach, tymczasem fascynujący jest czas II wojny światowej, z ich neutralnością, ale i ruchem oporu. Do tego dochodzi nieprawdopodobna mentalność, współcześnie wręcz unikatowa. Pogodzona ze światem, z życiem, fatalistyczna miejscami, rozwijająca się na każdą możliwą dziedzinę, z drugiej strony prowadząca do dewiacji, szaleństw... Nie mówię tu o Szwecji, Szwecja, przepraszam za wyrażenie, spieprzyła wszystko, co mogła, w politycznej, kulturowej, społecznej strukturze. Norwegowie, Finowie czy Islandczycy żyją bardzo cichym życiem, specjalizują się w zamiataniu pod dywan, a jednocześnie, gdy coś spod tego dywanu wychodzi, to jest to coś wielkiego. Wszystko tam tętni. Jest cicho, ale w ukryciu dzieją się tam straszne rzeczy. To taki... Mordor Europy.

Pracował Pan jako pilot po Islandii. Nie kusiło Pana, by napisać przewodnik?
Nie, nie. Pisanie przewodnika to bardzo trudna sprawa. Musiałbym odwiedzić każde z miejsc, które opisuję, spisywać ceny, cuda-niewidy. Robota na lata. Poza tym takie rzeczy robi się na zlecenie.

A przewodnik fantastyczny?
Jeszcze więcej pracy. Musiałbym zaglądać pod każdą strzechę. Choć pomysł jest bardzo dobry. Sam mam magiczny przewodnik po Islandii, który wskazuje ślady obecności trolli w każdej miejscowości. Islandię przemyciłem do wielu powieści i to musi na razie wystarczyć.
Trwa ładowanie komentarzy...