Czterdzieści lat Edenu

http://30.media.tumblr.com/tumblr_m1gxk0YYRe1rnqj4jo1_500.jpg
- Znowu załamują teatralnie ręce, że Polacy nie czytają, a jeśli czytają, to jedną książkę rocznie - uśmiechnęła się nieznacznie, spoglądając na mnie spod eleganckiego, choć nieco staroświeckiego kapelusza. - Niech to będzie nawet książka telefoniczna, jeśli znajdą w niej przyjaciela.

Kiedy nasze spojrzenia spotykają się w pół drogi do rozkładu jazdy, na moment zwraca moją uwagę. Posyła mi uśmiech, nie oczekując niczego w zamian, i fakt ten wystarcza, bym zatrzymała się przy niej dłużej. „Staroświecka jak przecinek”*, przychodzi mi do głowy porównanie z papierowego nagrobka. Siada obok mnie pod przystankową wiatą.
Mija chwila.
- Najmocniej przepraszam, ale co pani czyta? - odzywa się tonem bibliotecznym. Nie, błąd. To nie tego rodzaju szept, pełen poczucia winy z powodu zakłócania uświęconej, patetycznej ciszy, należnej księgozbiorom. To nieśmiały pomruk spomiędzy antykwarycznych regałów. Ściszony głos po prostu obawia się zagłuszyć wołanie tego właściwego egzemplarza, tłumionego przez gwarzenie pozostałych, zakurzonych i sennie cierpliwych.
Unoszę głowę, lekko wzruszając ramionami. To tylko kolejna pozycja do pracy magisterskiej, rzucam. Przygląda mi się, wreszcie kręci głową.
- Jest pani pochłonięta lekturą. A media znowu załamują teatralnie ręce, że Polacy nie czytają, a jeśli czytają, to jedną książkę rocznie - uśmiechnęła się nieznacznie, spoglądając na mnie spod eleganckiego kapelusza. - Niech to będzie nawet książka telefoniczna, jeśli znajdą w niej przyjaciela!
Zanim odpowiedź raczy ukształtować się w moich myślach, przyjeżdża tramwaj. Niczym w transie podążam, jak czytelnik za narratorem, za przyjaciółką książek. Po zajęciu miejsca w pojeździe podejmuje wątek, od nowej strony.
- Jakby się uprzeć, to ja właściwie od czterdziestu lat czytam jedną książkę. Albo od czterdziestu lat zdaję sobie z tego sprawę. Dokładnie w 1976 roku, na studiach, poznałam pana Johna Steinbecka. Od tego czasu zdarza nam się gawędzić – śmieje się i wyjaśnia – Z książkami można rozmawiać. Od czterdziestu lat wracam do Na wschód od Edenu. Do pojedynczych zdań, które cichutko sylabizuję, do dialogów. Tak poznałam męża: sparafrazowałam wymianę zdań z tomiszcza, a on bez mrugnięcia okiem dopowiedział ciąg dalszy. „- Myślisz, że to zabawne być taką poważną, kiedy nawet jeszcze się nie skończyło studiów? - Nie widzę sposobu, żeby było inaczej. Śmiech przychodzi później”** - znajoma Steinbecka milknie, przykładając palce do ust. Mogę przysiąc, że na ich opuszkach dostrzegam odbite pozostałości druku. Wraz z nią przenoszę się do rozdziału, w którym niepozorne, czarne wężyki liter wiążą w intymnym idiolekcie dwóch bohaterów. Bohaterów lektur przypadkowych, które znalazły się jakimś trafem na jednym regale.
Nieuchronnie zbliżam się do swego przystanku. Zdarzało mi się nie raz zatopić w lekturze na tyle, by minąć się ze swoim celem krótkoterminowym; czuję, że narracja gawędzącej ze Steinbeckiem wciąga mnie z podobną siłą.
- Tak, wracam nieustannie do Edenu. Ale nie tylko dlatego twierdzę, że zatopiłam się w jednej książce. Po prostu wszędzie odnajduję Steinbecka – wzrusza ramionami, trochę jak uczennica, obawiająca się belferskiego oprotestowania naiwnej interpretacji ulubionego utworu.
Znajoma Steinbecka wychodzi przystanek wcześniej. Nim znika wśród innych opuszczających pojazd, rzuca:
- Wszędzie odnajduję Eden.


Książki - to na nic się nie zda. Człowiek musi mieć kogoś... kogoś bliskiego. Wszystko jedno kogo, byle to był ktoś bliski.**


* Wisława Szymborska, Nagrobek
** John Steinbeck, Na wschód od Edenu
Trwa ładowanie komentarzy...