O autorze
Justyna Mleczak (1993), studentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, stawia pierwsze kroki w reporterskim rzemiośle. Zafascynowana potęgą Słów, należy do zanikającego gatunku osób, ceniących tradycyjne listy nad e-maile. Łączy zainteresowania filologiczno-literaturoznawcze z historycznymi. Obieżyświat, który na świat stara się patrzeć przez krzywe zwierciadło. W wolnych chwilach poetyzuje, uprawia siatkówkę, turystykę aktywną, biega; goniąc za sobą samą, zawsze w niedoczasie. Zwyciężczyni konkursu dziennikarskiego „O tym nie czytaliście” Gazety Wyborczej (2012).

Hańba, czyli nic się nie stało

Nagłówki czwartkowych wydań niektórych gazet przyciągały wzrok krótkimi wykrzyknieniami. Chociaż „Hańba!” czy „Wstyd!” nie robią w ostatnich tygodniach wrażenia na przechodniach, tym razem jednak przystawali. Widok biało-czerwonych dresów zamiast skrojonych garniturów pod wytłuszczonym tekstem działał intrygująco. Aby w pełni docenić kioskowe tytuły, warto dyskretnie zajrzeć za kulisy ich powstawania.

- Panie i panowie, oto plan działania! – Naczelny, stukając paznokciem w zapisaną szyfrem białą tablicę, ogarnia spojrzeniem cały zespół. – Ten numer to musi być petarda. Ostatnie warsztaty zaczynają przynosić efekty, wasze pióra są w szczytowej formie! – uśmiecha się, z przyjemnością słuchając własnych słów. Obok korektor ściska czarny pisak w nerwowym odruchu.
Petarda, powiedział mu Naczelny. Jasne. Najbliższy deadline to być albo nie być jego kariery. Trzeci miesiąc przestrzega ścisłej intelektualnej diety, z rana przeglądając dziennikarskie kaczki konkurencji, a przed popołudniową drzemką kartkuje wyimki z Pulitzera, Woodwarda i Jesenskiej. Od pół roku nie pozwolił sobie na zmianę czytospisu, a wyczekiwana powieść fantastyczna, jego mała słabość, kurzy się na nocnej szafce. W kawiarniach chowa się po kątach, by zamówienia innych klientów nie wodziły go na pokuszenie. Wyrzuty sumienia powoduje nawet zerknięcie na satyryczny komiks na ostatniej stronie dziennika.
Tak, jego być albo nie być. Kiedy przed prawie rokiem przebojem wdarł się z artykułem śledczym na pierwsze strony wyszukiwarek internetowych, wzbudził natychmiastowe zainteresowanie wydawców. Transfer z Codziennika Pcimskiego do jednego z wysokonakładowych tygodników był spełnieniem młodzieńczych aspiracji. Podpatrywał swoich mistrzów, jak boksują się ze słowami, ocierają pot nad klawiaturami komputerów, rzucają się w pogoń za obiecującym tematem. Bez wytchnienia, powtarzając narzucone przez wydawcę cykle, zgodnie z cotygodniową strategią. A teraz, teraz mieli stanąć na szczycie, po nominacji do elity światowych magazynów.
Presja jest ogromna, zwłaszcza, że koronny reportaż podpisany zostanie jego nazwiskiem. Zaplanował go ze wszystkimi szczegółami. Bił rekordy w szybkości reagowania na wydarzenia niespodziewane, doprowadzając do szału konkurentów. Ekscytujące potyczki na słowa z najtrudniejszymi rozmówcami sprawiły, że wiele z nich oddawało mu zwycięstwo walkowerem, potulnie odpowiadając na najintymniejsze pytania. Otrzymywanych nagród – reportaż roku, najlepszy wywiad, mistrz słowa, głos młodych – nie miał powoli gdzie trzymać. Spotykani na ulicy znajomi ściskali ręce, gratulowali sukcesu, zazdrościli. Wyjazdów, spotkań, noclegów w pięciogwiazdkowych hotelach.
Uśmiecha się do siebie gorzko. Z Novotelu pamięta tylko prysznic, pod który omal nie wszedł w ubraniu, po kilkunastu godzinach prób porozumienia się z jakimś politykiem oraz poszukiwaniach w zakurzonych archiwach miejscowego urzędu. A w Sheratonie zaskarbił sobie sympatię sprzątaczek, pozostawiając pościel w nienaruszonym stanie; noc spędził przed ekranem laptopa, opisując szczegóły afery dopingowej po ostatnim etapie Tour de. Odwiedził w ostatnim miesiącu Paryż, Rzym, Sydney i Nowy Jork. Wieżę Eiffla, Koloseum i Statuę Wolności przywiózł dzieciom na pocztówkach, natomiast zdjęcie słynnej opery wyprosił od kolegi fotografa, z którym dzielił pokój. Codziennie elektroniczny kalendarz w telefonie przypomina mu o nakładających się spotkaniach z białymi kołnierzykami, wschodzącymi i zachodzącymi gwiazdami, myślicielami. Przypomina też o urodzinach, imieninach, ślubach i rocznicach, na które nigdy nie dociera.
Syczy, kiedy przy sortowaniu notatek zacina się w palec. Papier to zdrowie, ironizuje w duchu. Czytanie rozwija umysł, dodaje, przecierając suche, krótkowzroczne oczy, z jękiem rozcierając nadgarstki i kark, ścierpłe od trwania bez ruchu przed migającym ekranem.
Spogląda za okno. Na boisku szkolna drużyna, pod okiem znudzonego trenera, rozgrywa towarzyski mecz. Rodzice na trybunach kibicują gorąco, zachęcając pociechy do walki. Zdrowa rywalizacja, tak, bezstresowe wychowanie, dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.
Sport wszystko przyjmie, myśli. W przeciwieństwie do jego porażki.
Trwa ładowanie komentarzy...