O autorze
Justyna Mleczak (1993), studentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, stawia pierwsze kroki w reporterskim rzemiośle. Zafascynowana potęgą Słów, należy do zanikającego gatunku osób, ceniących tradycyjne listy nad e-maile. Łączy zainteresowania filologiczno-literaturoznawcze z historycznymi. Obieżyświat, który na świat stara się patrzeć przez krzywe zwierciadło. W wolnych chwilach poetyzuje, uprawia siatkówkę, turystykę aktywną, biega; goniąc za sobą samą, zawsze w niedoczasie. Zwyciężczyni konkursu dziennikarskiego „O tym nie czytaliście” Gazety Wyborczej (2012).

W za ciasnych linijkach

W pewnej znanej sieci salonów noworoczny sezon wyprzedaży trwa w najlepsze. Z półek, stołów i koszyków krzyczą do klienta kalendarze, notesy i organizatory. Te ostatnie w kilku wersjach: do uzupełnienia oraz all-inclusive, rozpisane już na cały rok, w zależności od potrzeb przyszłego posiadacza. Terminarze, po których zakupie oblanie sesji nie będzie już możliwe, nie ominie nas żadna licząca się premiera kinowa, a brak pomysłu na obiad przestanie spędzać sen z powiek i bilon z portfela.

Nigdy nie umiałam korzystać z terminarzy. Najdalej posuniętą inicjatywą z mojej strony jest stworzenie listy zakupów, natomiast planowanie dalsze niż na tydzień do dwóch naprzód zazwyczaj kończy się fiaskiem. Dlatego od lat niezmiennym szacunkiem otaczam eleganckie Mamine terminarze, kryjące codzienne zaklęcia i wiedzę tajemną, zaszyfrowane zamaszystym, wytwornym pismem.
Mimo moich rozlicznych prób, przeszłość i lgnąca do niej teraźniejszość z kretesem przegrywa z przyszłością. Zamiast przypomnienia o umówionej rozmowie, z godziną zapisaną czerwonym długopisem i trzema wykrzyknikami ku ozdobie, spisuję dysputę już odbytą. Od spodziewanych spotkań wyżej cenię te przypadkowe, o których z przyczyn oczywistych kalendarz milczy. Zostawiam po sobie dalece mniej uporządkowane pamiętniki, strzępki wydarzeń, nieprecyzyjne daty. Lapidarne bezokoliczniki rozmywają się w zdaniach wielokrotnie złożonych, wyraziste wykrzyknienia ustępują znakom zapytania i wielokropkom.
W pamiętnikach miejsca jest więcej. Nawet marginesy nie są barierą, nie ograniczają tak, jak ciasne linijki w terminarzach. Tam każdy dzień ma swoją stronę, godzina linijkę, przy czym uznawane są tylko godziny pełne, a dni – powszednie. Weekendy przeznaczone są na marginesy spontaniczności. Niepodzielność godzin dyscyplinuje minuty do względnego posłuszeństwa. Pamiętniki z pobłażliwością przyjmują rozbitą chronologię, a przede wszystkim: wybaczają milczenie.
Osoby z Terminarzy mają adres, numer telefonu, czasem datę urodzenia. Można na nich liczyć w sposób dosłowny, składają się przecież w głównej mierze z cyfr właśnie. Ludzie Pamiętników zawieszeni są w przestrzeni, w której niedoszłe wchodzi w polemikę ze wspominanym, rzadko wypracowując trwały kompromis.

Terminarze mojej Mamy mówią. Choćby ten, dopiero co zamknięty, szczegółowo relacjonuje ostatnich kilka tygodni minionego roku. Świąteczne wprawki, subtelne zawiadomienia o wydarzeniach smutnych, ale również napełniających dumą. Wprawne oko dopatrzy się w stanowczych skreśleniach stojących za nimi przyczyn.
Mój pamiętnik wymownie milczy.
Tylko jakby rozbudowana lista zakupów i paragony, artykuły pierwszej potrzeby układające w wersy jak wiersze, prowokują do leniwych nadinterpretacji.

Na studiach filologiczno-historycznych często ma się okazję obcować z dziennikami, biografiami, pamiętnikami, listami. Przesuwając wzrokiem od daty do daty, kart zapisanych gęsto i bez skreślonych spotkań, przeskakuje się doby, które w terminarzu drżałyby od niechcianej ciszy lub echem powtarzały lakoniczne polecenie. Zniknęły paragony, porwane w biegu ulotki i zapomniane wizytówki. Jedynym planem publikacji jest jego pozorny brak.
Jedynie w kalendarzu redaktora wydanie podkreślone jest na czerwono pod datą deadline'u.

Wiesz, w czyim terminarzu znajduje się twój pamiętnik?
Trwa ładowanie komentarzy...