O autorze
Justyna Mleczak (1993), studentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, stawia pierwsze kroki w reporterskim rzemiośle. Zafascynowana potęgą Słów, należy do zanikającego gatunku osób, ceniących tradycyjne listy nad e-maile. Łączy zainteresowania filologiczno-literaturoznawcze z historycznymi. Obieżyświat, który na świat stara się patrzeć przez krzywe zwierciadło. W wolnych chwilach poetyzuje, uprawia siatkówkę, turystykę aktywną, biega; goniąc za sobą samą, zawsze w niedoczasie. Zwyciężczyni konkursu dziennikarskiego „O tym nie czytaliście” Gazety Wyborczej (2012).

Zabíjačková, czyli jak Czesi przelewają krew

Ostatni tydzień grudnia w Polsce jest okresem, w którym towarem pierwszej potrzeby w wielu domach okazują się tabletki na zgagę, napary z ziółek, a w sytuacjach skrajnych - środki przeczyszczające. U południowych sąsiadów rzeź na żołądkach dopiero się zacznie. Jeśli myśl o jedzeniu nie wywołuje jeszcze u Państwa stanów lękowych, zapraszam do lektury.

Królowa praskich kawiarni, perełka w stylu art deco, miejsce, do którego od 1863 roku wpadać mieli Kafka, Rilke i bracia Čapek, Smetana i Dvořak odpoczywali w przerwach między koncertami w mieszczącym się tuż za rogiem Teatrze Narodowym, Kolář i Seifert szukali inspiracji, a Havel poznał żonę, Olgę.
Legendarna kawiarnia Slavia. Po ścianach przebiegają cienie dysydentów, a przy odrobinie szczęścia można trafić na miejsce przy oknie, pod którymi, jak przyznają z dumą właściciele, „toczy się historia”. Przez te okna podziwiać można było ceremonię otwarcia wspomnianego Narodowego Teatru, przy nich gromadziła się praska śmietanka, śledząc ostatnią drogę prezydenta Masaryka, tu też z niepokojem obserwowała studenckie manifestacje podczas Aksamitnej Rewolucji 1989 roku...
… a pod legendą, schodkami w dół, w niepozornej piwniczce, mieści się pub U Lažanských, gdzie wieczorami gromadzi się wtajemniczona studencka brać – na kufel Budvara bądź kieliszek prawdziwego, morawskiego wina. To też jedno z niewielu miejsc, w którym obok wyśmienitej czeskiej kuchni można zamówić danie bezmięsne, które ani nie jest deserem, ani nie spustoszy studenckiej kieszeni.
- Przez pierwsze dni po przyjeździe, jeśli musiałam jeść na mieście, kończyło się albo na knedlikach z owocami, albo na smażonym serze – przyznaje Hitoshi, dwudziestodwuletni Japończyk, wegetarianin. Do piwa zamówił ołomuniecki ser z musztardą i smażone krążki cebulowe. - Potem odkryłem bramboráky, do czasu, gdy nie podali mi ich z kawałkiem karkówki ukrytym w cieście.
- Tutaj nawet w zupie jarzynowej pływają kawałki wołowiny czy kiełbasy! - dodaje ze śmiechem Elly, buddystka, wychowana w Bangkoku. Stuka pałeczkami, których parę zawsze nosi w torebce, w miskę z sałatką.
Kiedy kelner przynosi ostatnie danie, południowoczeską báštę, pozostali mięsożercy w grupie, to jest ja i Kubra, Turczynka, przepraszającym wzrokiem spoglądamy w stronę wegetariańskiej pary. Nie znam etymologii nazwy tego dania, domyślam się jednak, że taki posiłek mógł z powodzeniem nasycić nawet żołądki strzegących zamkowych baszt żołnierzy. Kawał pieczonej i wędzonej karkówki, kiełbasa, zasmażana czerwona i biała kapusta oraz „wariacja knedlików” - bułczanych, ziemniaczanych i špekových – z żurawiną i... boczkiem. Za niewielką dopłatą można domówić jeszcze golonkę lub ozór wieprzowy z chrzanem, przerażone jednak objętością talerza uprzejmie odmawiamy.
Życie wegetarianina w Czeskiej Republice ciężkim jest. Tak może sądzić przeciętny turysta, który w przerwie pomiędzy jednym a drugim zabytkiem chciałby udać się na jakiś bezmięsny posiłek. Najpopularniejszą zagryzką do piwa są utopence („topielce”), czyli parówki w zalewie octowej, a na każdym rogu stoją budki, oferujące párky v rohlíku, a więc morawską kiełbasę w wydrążonej bagietce - i broń Szwejku przed nazwaniem tego hot-dogiem! Na szybkie drugie śniadanie można też zawsze skoczyć do najbliższego mięsnego, zakupić porcję staropraskiej szynki albo cienko skrojonego bekonu i bez żenady skonsumować na przystanku, zagryzając suchą bułką.
Chociaż w kuchni czeskiej zielenina pełni jedynie funkcje estetyczne, mnóstwo jest tu sklepów ze zdrową żywnością, w których ceny zdecydowanie biją na głowę te po polskiej stronie. Szczególnie bogatym asortymentem podobno cieszy się... Cieszyn, niewiele ustępują mu Czeskie Budziejowice. W „zwykłej” Billi czy Albercie dostać można sojowe słodycze, bardzo popularne także i wśród mięsożernej części populacji. Zresztą, ponad dekadę po założeniu Czeskiego Stowarzyszenia Żywienia i Wegetarianizmu, liczba restauracji wegetariańskich w Pradze wzrosła sześciokrotnie. Zwykle są to restauracje oferujące dania kuchni indyjskiej, nie brakuje jednak tych, nastawionych wyłącznie na klientów wykluczających z diety produkty pochodzenia zwierzęcego.
Niemniej, jest okres w roku, kiedy przynajmniej prascy roślinożercy przeżywają prawdziwy horror. Zgodnie z sięgającą pogańskich korzeni tradycji, masopust – czyli po prostu polskie ostatki – wiąże się z przygotowaniem wystawnego i tłustego obiadu, który przynieść ma wystarczająco dużo sił na nadchodzący sezon wytężonej pracy. W dniach tych większość czeskich restauracji dodaje do menu ofertę specjalną na domáčí zabijačkové speciality, a rzeźnicy w małych kramach na urokliwych ryneczkach mają pełne ręce roboty.
Co wchodzi w skład oferty? Przede wszystkim tlačenka (salceson), jelitko, jaternice (czarna i biała kaszanka), zabíjačková polevka (a'la rodzima czernina) lub zabíjačkový gulaš, na który składają się serca, nerki, boczek, żołądki i wątróbka, vepřové koleno, czyli po prostu nasza ciocio-imieninowa poczciwa golonka oraz niekiedy uzený jazyk, zazwyczaj wołowy. Do tego wariacje kiełbas i pasztetów.
- Jak się tu dziwić, że Czesi tak niechętnie odnoszą się do walki zbrojnej? - pyta Elly, przyglądając się z niesmakiem opiekanej nad ogniem świni przed jednym z kramów. - Kto by chciał chwytać za broń po utoczeniu tylu litrów krwi?
Trwa ładowanie komentarzy...