W Polsce by tak tego nie wydali

Trzynasty dzień grudnia? Stan wojenny, Dzień Pamięci Ofiar Stanu Wojennego, marsze pro i marsze anty, można się promo albo dostać manto. W Szwecji hucznie obchodzony Dzień Świętej Łucji, najdłuższa noc w roku, po której będzie tylko lepiej, jaśniej i przyjaźniej. I pogrążony w zbyt głośnej samotności - Dzień Księgarza.

Na drugim roku studiów środkowoeuropejskich liczebność grupy – cztery osoby w porywach plus wykładowczyni – uczęszczającej na konwersatorium z historii literatury czeskiej sprzyjała nie tylko czechofilskim projektom, lecz również pewnej rytualizacji samych zajęć. Do obowiązkowych elementów cotygodniowego ceremoniału należała prezentacja jakiejkolwiek książki, byle wydanej w Czechach. Raz była to najnowsza Babička Boženy Němcovej, innym razem stare wydanie legend czeskich pióra Aloisa Jiráska czy urzekające Povídky malostranské Nerudy. Niezależnie jednak od daty wydruku, autora i gatunku, obcowaniu z nabytkiem zawsze towarzyszyło westchnienie unisono czterech głosów, mruczących zgodnie: „W Polsce to by tak tego nie wydali...”.



Podczas swojego pierwszego, półrocznego pobytu na stypendium w Pradze, miałam szczęście odbyć praktyki w Czeskiej Bibliotece Narodowej. I to nie byle gdzie, tylko w samym Klementinum, w dziale manuskryptów i starodruków. Zanurzając się między zapełnione woluminami półki, zawsze drżałam, nie śmiąc przesunąć po zabytkowych grzbietach choćby opuszkiem palca, choć pożółkłe strony szeptały zachęcająco, a czarne, gotyckie linijki zdawały się przebiegać mi po plecach jak rozkoszny dreszcz. Wychodziłam z barokowego wnętrza – lecz młodsze rodzeństwo opasłych tomisk zaraz otaczało mnie z każdej strony, mamrocząc własne historie. Zza każdego rogu kiwały na mnie witryny knihkupectví lub kawiarnie z obowiązkową książkową półeczką. W drodze na tramwaj czy do metra niemało spotykałam też opcji „dwa w jednym”.

Zjeżdżając ruchomymi schodami do stacji kolejki podziemnej, mijałam przynajmniej trzy reklamy najświeższych pozycji czytelniczych – i tylko raz z plakatu krzyczała na mnie okładka światowego bestsellera. Kiedy przesiadałam się na tramwaj, dwie osoby na pięć zanurzone były w lekturze. Nieraz zdarzyło się, że ta, która nie dzierżyła w dłoni akurat jakiejś książki, ustępowała z szacunkiem miejsca czytelnikowi, jakby chcąc odkupić swoje karygodne zaniedbanie.

Do czeskich księgarni wchodziłam jak dziecko do sklepu ze słodyczami. Szczególnie upodobałam sobie działy z komiksami, zawsze przekonana, że niczym więcej mnie już Czesi nie zadziwią – i za każdym razem zaskakiwana. Pośród znanych całemu światu publikacji Marvela i DC Comics, Tin Tinów i mang, wyłuskiwałam Zamek Kafki czy Karakorum Čapka; później długie godziny przeczesywałam Internet, łudząc się, że może jednak istnieje gdzieś Solaris w obrazkach...

Nie powinien dziwić fakt, że na Wydziale Filozoficznym, wśród filologów i innych humanistów różnej maści, w przerwach między zajęciami usłyszeć można było zażarte literackie dyskusje. Jednak kiedy siedząc przy stoliku w tradycyjnej, pogrążonej w dymie papierosowym knajpie, w przerwie między drugą i trzecią tercją jakiegoś pojedynku hokejowego, podsłuchałam rozmowę dwóch panów w średnim wieku, pielęgnujących z czułością mięsień piwny, ledwie powstrzymałam się, by ich nie uściskać. Przedmiotem debaty było porównanie współczesnego czeskiego fantasy – Žamboch – do pisarstwa jego prekursorów – Arbes. Ostudził mnie obrazek, który zaraz podsunęła mi wyobraźnia: czym mogłaby zakończyć się próba zainicjowania dyskusji na temat, ot, choćby nawet Wiedźmina, w przerwie między połowami meczu Legia kontra Lech?

Chociaż Czechów do czytania nie trzeba zachęcać, to właśnie nasi południowi sąsiedzi otrzymali Srebrnego Lwa w Cannes w 2005 roku za plakaty, stworzone w ramach kampanii wspierającej czytelnictwo wśród młodzieży. „Přečtete si to dřív než Hollywood“(przeczytajcie, zanim zrobi to Hollywood) głosi hasło, a na trzech plakatach prezentują się trzy dzieła obowiązkowego kanonu literatury światowej: Jane Eyre, Stary człowiek i morze oraz Zbrodnia i kara. Do książki Charlotte Bronte wzrok przyciąga seksowna blondynka w czarnych, lateksowych spodniach, kilkunastocentymetrowych szpilkach, ze spluwą w dłoni – niech teraz ktoś spróbuje polemizować z twierdzeniem, że bohaterka nie próbuje wyłamać się z ograniczeń społecznych, wiążących kobiety! Z kolei para mężczyzn, wyciągnięta jakby z oddziału S.W.A.T., zapowiadać ma losy mordercy Raskolnikova. W oczach ciemnoskórych zbrojnych dostrzec można groźbę w pełni zasłużonej kary w przypadku nieznajomości rosyjskiej klasyki. Moim zdecydowanym faworytem jest jednak okładka ostatnia: przyprószony siwizną dziadunio, opalony na brąz, w samych szortach, śmieje się do czytelnika, obejmując dwie ponętne dziewczyny, które z powodzeniem mogłyby dorabiać w Słonecznym patrolu. Gdyby ktoś w Polsce zdecydował się na wydanie Hemingway'a z taką okładką, postulowałabym za drobną korektą ortograficzną w tytule...

Przewodniczący Czeskiego Stowarzyszenia Bibliotekarzy, z którego inicjatywy powstały owe plakaty, tłumaczył, że w ten sposób organizacja chciała zainteresować młode pokolenie, które ma „skłonność do preferowania szybszej i bierniejszej kultury: telewizji, kina i internetu”. Przyznał też, że był pozytywnie zaskoczony odbiorem plakatów. „Wielu ludzi, o których sądziłem, że akcja ich rozzłości, zaskoczyło mnie, bo przyjęli ją z humorem i dystansem”.

Na temat plakatów Stowarzyszenia rozmawiałam później z Barborą, studentką projektowania graficznego w Brnie. Opowiadała, jak ze znajomymi próbowali stworzyć szkice takich plakatów, które ilustrowałyby dzieła czeskie.
- Wydawało się to takie proste! - wzdycha Barbora. - Dopiero po dwóch tygodniach zdaliśmy sobie sprawę, jak się pomyliliśmy. Kundera, Pavel, Čapek, Hrabal, nawet Havel – próbowaliśmy każdego wariantu. Ale jak zrobić satyrę na satyrę?

Podzieliłam się z nią opinią, którą skrzętnie przejęłam niegdyś od jednej z doktorantek poznańskiego uniwersytetu. Mówi ona mianowicie o tym, że czeska kultura nie dzieli się na niską i wysoką, lecz uległa specyficznemu „wyśrodkowaniu”, z jednej strony broniąc się przed patosem, z drugiej unikając błazeńskiego kiczu.
- Zrobiliśmy tylko Przemianę Kafki. Wykorzystaliśmy postać z bajki Disco robaczki, a za tło obraliśmy zamek Disney'a – artystka wrusza ramionami. - Ale pretensje do Kafki zgłasza literatura niemieckojęzyczna. Poza Pragą, gdzie napędza on biznes, nikt chyba by się nie obraził, gdybyśmy go oddali Austriakom.

Spacerując we mgle uliczkami Pragi, zawieszona między nocą i świtem, nie raz mijałam ulicę Spaloną, na której ponoć Bohumil Hrabal miał spotkać pierwowzór bohatera Zbyt głośnej samotności. Hantio, bo o nim mowa, to stary robotnik, który w swojej piwnicy obsługuje maszynę do prasowania papieru, przerabiając książki na stosy makulatury. Przy okazji wyławia z nich prawdziwe perły, od trzydziestu lat budując milczący świat ze słów.
„... gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, że aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol...” - mówi bohater, a jego słowa tłuką mi się w głowie. Po chwili jednak zdaję sobie sprawę, że stukanie to wydobywa się z innego miejsca; spod moich stóp? zza pleców? niesione nad głową? - i wiem, że to maszyna Hantio pracuje w ciszy praskich ulic. Zafón w złym mieście osadził swoje Cmentarzysko Książek, drodzy bibliofile.
Trwa ładowanie komentarzy...